Po rozmowie z Tayendem, poszłam do swojego pokoju. Pożyczyłam od niego książkę o magi, by samodzielnie poszukać jeszcze jakiś wskazówek. Usiadłam na parapecie i przykryłam się kocem. Otworzyłam książkę, lecz coś za oknem przykuło moją uwagę. Nie wiem co to było, ponieważ już po chwili nie siedziałam na parapecie, tylko stałam na werandzie domu, stojącego na terenie jakiegoś dworu. Wyciągnełam z kieszeni paczkę papierosów i sięgnęłam po jednego. Pstryknęłam palcami. Poczułam falę elektryczności przechodzącą przez moją rękę, nad moimi palcami pojawił się płomień. Zauważyłam, że długie paznokcie miałam pomalowane na czarno. Zapaliłam papierosa i ruszyłam przed siebie.
Powoli odnajdowałam się w sytuacji. Zdążyłam już stwierdzić, że nie jestem w swoim ciele. Mało tego - ciało, w którym byłam należało do mężczyzny. Widziałam to co on i słyszałam, jednak moje połączenie z nim było słabe. Po części mogłam też korzystać z jego zmysłu czucia, lecz odczucia były niewyraźne i niepełne.
Po dłuższej chwili wędrówki ujrzałam zarys stajni. Dwóch stajennych chciało nas zatrzymać jednak właściciel ciała poprostu skinął im głową i minął ich. Otworzył ciężkie, szerokie drzwi. Spodziewałam się usłyszeć nasze kroki, tak jak stajennych wchodzących spowrotem do stajni. Jednak nic takiego się nie stało, poruszał się całkowicie bezgłośnie. Doszliśmy już prawie do końca, gdy mężczyzna zatrzymał się przed jednym z boksów. Z jego głębi wyzierały na nas ślepia prawdziwej besti. Koń musiał mnieć ponad 180cm. Wzrost nie spotykany. Już sam w sobie robił wrażenie. Zwierze musiało być magiczne. Zarówno jego oczy, jak i sierść były zupełnie czarne. Koń posiadał długą lekko kręconą grzywę i szlachetnie wykrojoną głowę. Na widok przybysza nozdrza osadzone na lekko garbatym nosie, znacznie się rozszeżyły.
- Nie powinien pan podchodzić tak blisko! - wrzasnął jeden z przerażonych pracowników.
Bestia zareagowała błyskawicznie, sycząc i obnarzając na niego, swoje zęby. Posiadał szereg ostrych, jak brzytwa kłów. Nawet przez spojrzenie kogoś innego poczułam lęk przed tym stworzeniem.
- Zabraniasz mi podchodzić do mojego konia? - W jego głosie usłyszałam pogardę. Mogłam się założyć że od chłodu w jego głosie facetowi zrobiło się zimno. Ten głos, nie sądzę by dało się go zapomnieć. To był człowiek z mojego snu.
- Przepraszam pana bardzo. - Zrobiło mi się go szkoda. Ewidentne drżał z strachu.
- Powiedz mi. Ile daliście mu jedzenia?
- Dwie miarki proszę pana. - O ile zakład że ten stajenny miał pełno w gaciach?
- Czego? Owsa?- Prychnął z pogardą.- Nie odpowiadaj nawet. Kurwa. Czy w tym miejscu nikt nie umie nawet nakarmić koni?
- Ja... My... Panie... T-ten k-który go k-karmił leży t-teraz u... M-medyka. - Podziwiam go za powiedzenie tego zdania, był tak blady że chyba sam powinien teraz pójść do lekarza. O ile nawet nie do kostnicy.
- U medyka? - Zauważył krew na boksie. - Czyli jednak nie jadł tylko owsa. Dobrze. A teraz zjeżdżaj mi z oczu. - Odwrócił się w stronę konia. Po zobaczeniu czerwonej posoki cały czas czułam silne mdłość. Czas się stąd zmywać. Użyłam swoich umiejętności przeniesienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz