poniedziałek, 17 listopada 2014

Rozdział czwarty

Przez chwilę siedzieliśmy cicho, poprostu patrząc się na siebie. Chwilę, dlatego że kiedy minęła do pokoju wpadł tabun wilkołaków.
Czy mi się wydaje czy patrzą na Trawisa z nadzieją? Pewnie słyszeli, jak stracił nad sobą panowanie i liczyli, że na głośnych słowach się nie skończy. Tylko jedna osoba patrzyła na niego w inny sposób. Szczupły mężczyzna o delikatnej, chłopięcej urodzie. Oczy, których kolor można by określić jako mieszankę błękitu i szarości, nie wyróżniały by się, gdyby nie gęste i długie rzęsy. Posiada lekko uwydatnione kości policzkowe. Włosy nowo przybyłego stanowią pewnego rodzaju zagadkę, ponieważ mają kolor trudny do określenia. Jak na mój gust jest to coś pomiędzy blondem, brązem, a miedzią. Myślę że efekt zmienia sie w zależności od oświetlenia.
-O co chodź Trawisie? - zapytał melodyjnym głosem, lekko marszcząc przy tym brwi. Pomimo przyjaznego wyglądu posiadał to samo spostrzegawcze, widzące dokładnie każdy szczegół spojrzenie. Wierzcie mi, że nie da się czuć pod takim radarem swobodnie.
Trewis rzucił mi spojrzenie, w którym błysnęła panika. Czy mi się wydaje czy on bał się tego delikatnego (przynajmniej) z wyglądu faceta? Nie wiem, ale po sposobie w jaki się spiął, mogłam wywnioskować, że nie chce mu podpaść.
-Nic takiego Tayendzie. Poprostu tłumaczyłem coś naszemu gościowi i trochę mnie poniosło.
-Nie żeby coś Trawisie, ale twoje tłumaczenie słyszeli chyba wszyscy w tym domu. - Tayend wydawał się rozbawiony całą tą sytuacją. - Ale zawsze lepsze to zeżarcie nam gościa. A propos, jesteś głodna? - Tym razem zwrócił się do mnie.
Co do cholery?!? Ostatnio, kiedy się widzieliśmy, napiepszał mną o ziemię, jak piłką kałczukową, a teraz pyta mnie o jedzenie?
-Tak, w sumie to tak. - Zresztą co mi szkodzi.

2 komentarze: