Wróciliśmy do domu przed planowaną godziną, aby uniknąć spotkania z glinami. Zdziwiłam się kiedy już na podwórku usłyszałam głośną muzykę. Czy mi sie wydaje czy to Abba? Spojrzałam pytająco na Trawisa. Wzruszył ramionami i udał się do domu. Poszłam w jego ślady i wmurowało mnie. Na środku salonu był Tayend i w najlepsze tańczył wraz z mopem. Nie powiem, wychodziło mu to po mistrzowsku. Tylko co to, do cholery miało być? Trawis chwycił z stołu pilota, aparł się szelmowsko o ścianę i wyłączył naszemu artyście muzykę. Pomimo ciszy chłopak jeszcze przez chwilę dawał pokaz wokalno-taneczny, aż zrozumiał co się wydarzyło. Zakłopotany, odwrócił się w naszą stronę, a my nie mogąc sie powstrzymać rykneliśmy śmiechem. Biedny Tayend, ale mógłby szczerze mówiąc uważać. Choć nie wiem czy potencjalni włamywacze zyskali by element zaskoczenia, czy właśnie przypadł by on Tayendowi, w zamian za jego występ. Po raz pierwszy widziałam go tak zbitego z tropu i bezbronnego. To było nawet urocze. Trawis chyba się zlitował, bo podszedł do swojej drugiej połóki, by obdarować go pocałunkiem.
- Tay, zawsze ciebie wspierałem. I myślę że o tym wiesz. Ale żeby tak lecieć w Abbę w biały dzień? - A jednak się nie zlitował.
Oj, gdyby wzrok mógł zabijać, to mielibyśmy z Tayendem trupa do sprzątnięcia.
- Zawsze tolerowałam twoją chumorzastość Tayendzie, ale naprawdę się nie spodziewałam tego, że jesteś prawdziwą diwą. - Puściłam mu oko i poszłam do kuchni po coś do picia.
- Dla mnie cola! A dla naszego artysty wody z cytryną! Musimy dbać o nasz skarb!- Zaśmiałam się w duchu, ale po chwili z salonu zaczęły do mnie docierać dziwne dźwięki. Była to mieszanina jęków, śmiechów i innych dziwnych dźwięków. Zastanawiałam się, czy aby na pewno chcę tam wracać. Jednak po usłuszeniu czegoś co brzmiało jak ,,Gdziezłapamity! o żesz! Zginiesztyzboczeńcujedennonap..." uznałam że interwencja jest niezbędna.
Dosyć ciekawy widok. Tayend siedział na powalonym na kanapę Trawisie z miną zabójcy - szaleńca. I łaskotał go. To w jakiej pozycji byli tłumaczyło by zduszone okrzyki czarnoskórego.
- Jesteście dziwni. Wiecie? - Postawiłam napój Trawisa na stole i przyglądałam im się z rozbawieniem.
- Czy wiemy? Pytasz dwójkę gejów, wilkołaków, z czego jednego przed chwilą przyłapałaś na tańcu do Abby, a i tak pewnie najgorszego jeszcze o nas nie wiesz. Więc nie kochana, my tego nie wiemy. MY OKREŚLAMY DZIWNOŚĆ. To tak jak gdyby spytać Boga czy wie że jest wszechmocny. - Zdecydowanie wolałam Taya tłumaczącego mi w taki sposób jak głupia jestem, niż to jak robił to wcześniej.
- Amy w szafce trzymam zapas snikersów. Błagam tylko to może go uratować od takiego gwiazdorzenia! Potem może być już tylko gorzej! - To był istny pokaz desperacji Trawisa by wypowiedzieć te słowa.
Parknięcie.
- Za późno czekoladko.- Tay w końcu uwolniłam Trawisa. - Ale batona z chęcią zjem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz