środa, 19 listopada 2014

Rozdział ósmy

EPo powrocie do domu, na szczęście jeszcze pustego. Położyłam się do łóżka, aby przenieść mój umysł do Dormu. Tak naprawdę nie muszę usypiać by zmienić miejsce, potrzebuję do tego tylko transu. Czas także nie jest problemem, ponieważ przenoszę się do miejsca w którym byłam ostatnio, w tym samym czasie. Czyli tak naprawdę mogłabym spędzić w Dormie wiele miesięcy i wrócić tu do naszego świata, do czasu w którym go opuściłam. Odradza się jednak opuszczania jednego z światów na dłużej niż pół roku, ze względu na to by nie robić dużej różnicy między wiekiem mentalnym a fizycznym osoby wędrującej. Zabicie w jednym z światów, zanim duch zdąży uciec z obumierającego ciała, kończy się śmiercią. Utrata ciała to utrata dostępu do danego świata. Wtedy czas tam płynie dalej, swoim tempem.
To tak w skrócie informacje o przeniesieniach.
Obudziłam się nadal obolała, ale już nie tak zmęczona jak wcześniej. Dopiero teraz miałam czas na dokładniejsze przyjrzenie się pokojowi. Ładny, spory, wykonany w jasnych barwach z dużym oknem, był bardzo przestrzenny. Leżałam na dwuosobowym łóżku wykonanym z jasnego drewna. Stało ono naprzeciwko okna, osadzonego w białej drewnianej ramie z szprosami zrobionymi z takiego samego materiału, dzielącymi je na trzy duże części po obu stronach. Po bokach wisiały białe przepuszczające trochę światła firanki, które ktoś musiał zasłonić wtedy kiedy ja spałam. Był jeszcze parapet z takiego drewna jakiego użyto do okna. Na parapecie leżały poduszki w biało niebieskie paski i jasnozielony koc. Ściany pokoju pomalowano na kolor błękitny. Podłoge wyłożono drewnem w kolorze łóżka, dekorując ją przy okazji miękkim białym dywanem. Duża szafa stojąca po lewej stronie od łóżka, oraz biórko i krzesło, na którym wcześniej, musiał siedzieć Trawis, także było pasujące do łóżka. wszystkie dodatki były jasnozielone.
Zdziwiło mnie z jaką dokładnością i wyczuciem, urządziły pokój wilkołaki. A jeszcze dziwniejsze było to, że trzymali w nim więźnia. Powoli starając uchronić się od bólu, (co swoją drogą skazane było na klęskę) wstałam z łóżka. Miałam na sobie te same ubranią co wcześniej, brązowe wygodne spodnie i obcisłą zieloną koszulkę z długim rękawem. Tylko mój pasek z bronią i wojskowe buty gdzieś zniknęły. Ktoś opatrzył mi rękę, poczułam przypływ wdzięczności. Na krześle położono nowe ubrania, zignorowałem je.
Po opuszczeniu pokoju, poczułam świetny zapach jedzenia dochodzący z dołu i gwar rozmów. Zdecydowałam się właśnie tam udać.
Widok był conajmniej dziwmy. W kuchni połączonej od razu z jadalnią i salonem, krzątały się trzy osoby. Tayend z tempem zawodowca kroił pomidory. Zobaczył mnie i szeroko się uśmiechnął.
-No proszę nasza zabójcza królewna wstała. Mam nadzieję że smoka oszczędziłaś? - Wrzucił pomidory do miseczki podał mi ją i zajął się mieszaniem jajecznicy. - Co się tak gapisz na to naczynie jak bym ci zagadkę życia podał? Kładź to na stół.
Dobra, teraz się już w ogóle pogubiłam.
Dołączył do nas Trawis i o dziwo obdażył  Tayenda na powitanie pocałunkiem. Zwrócił się w moją stronę.
-Wow, ale mnie tak nie witaj. - Czy ja mam mózg? Co mi odpierza?
-Czemu miałbym to zrobić? - Teraz już oboje patrzyli na mnie z rozbawieniem.
No pięknie.
-Nie wiem może to jakiś wasz odpowiednik psiego lizania na powitanie czy coś .- No i prawie wykonałam zadanie po które tu przyszłam. Przez chwilę myślałam że któryś z nich się udusi kiedy z grzeczniści próbowali się nie śmiać.
To będzie długa niewola.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz