poniedziałek, 17 listopada 2014

Rozdział szósty

I znowu ten pieprzony budzik. No tak poniedziałek. Zwlokłam się z lóżka, chwyciłam pierwsze lepsze ubrania, które wylądowały mi pod ręką i licząc na to, że nie są dobrane jak roboczy strój klauna, skierowałam się do łazienki.
Widzicie poza tym ciekawym życiem wojowniczki mam też to drugie. Cholernie nudne w którym jak każdy inny śmiertelnik muszę uczęszczać do szkoły.
Po naszykowaniu się wstawiłam wodę na herbatę i spojrzałam na telefon. Miałam chyba z 10 wiadomości. Pierwsza ,,Hej! Będziesz na dodatkowej chemi?" Cholera! Zapomniałam. No cóż trudno. Druga ,,Kto dostał 5-? :D". Nie ma to jak dobijać leżącego. Obie były od mojej przyjaciółki, Jess. Szczupła, drobna blondynka z niezchodzącym uśmiechem z twarzy. Wulkan energi. Dziecko idealne, świetnie się ucząca, grająca na skrzypcach, miła, ładna i co najważniejsze inteligentna. Jednak tym co najbardziej w niej lubiłam to jej szalona natura, nie było dnia bez tego by czymś mnie nie zdziwiła. Odpisałam jej, że zapomniałam i czytałam dalej wiadomości. Nie było już w nich nic ciekawego.
Herbata gotowa, plecak też, szybkie rzucenie okiem na to jak wyglądam. Spojrzałam w lustro. W obu światach mój wygląd jest dość pospolity. Szczerze mówią poza odmienną fryzurą i inną budową ciała oraz tym, że tu nie miałam tatuażu łowcy i paru blizn to nie różnił się niczym od tego w drugim świecie. Jestem dość wysoka jak na dziewczynę i na szczęścię, nie pozbawiona krągłości. Choć jakieś wybitne to one nie są. Lekko zadarty piegowaty nos, ciemno szare oczu z czarnymi obwódkami. Niezbyt wybitnie długie rzęsy. Jaskrawo rude włosy, które tu zawsze zaplatam w warkocz. W Dornie  obcięłam na skos, tak że w najdłuższym miejscu sięgają mi szyi, z tyłu skolei są znacznie krótsze. Natura poskompiła mi, tak lubianych przeze mnie wystających kości policzkowych, ale na szczęście nie wylądowałam z takimi, jak u chomika. Myślę, że nie wygrałam moim wyglądem losu na loteri, ale też nie poniosłam sromotnej klęski.
Do szkoły dotarłam trochę przed czasem. Uważam to za zbędne, bo przecież wyznacza się czas chyba nie po to by być przed nim? Ale wolałam nie słuchać potem dziesięcio minutowego wykładu Jess o znaczyniu punktualności. Przed szkołą czekał na mnie Tom. Jest istnym rodzynkiem wśród moich przyjaciół. To co go wyróżnia to rozsądek i spokój. Dziwak. Tom jest chuderlawym brunetem, niezbyt przystojnym, ale sympatycznym i zabawnym.
-Co Amy? Znowu się zaspało? - Obdarzył mnie szerokim uśmiechem i niedźwiedzim uściskiem na powitanie.
-Też się cieszę, że cie widze. Czekaj co?- dopiero teraz do mnie dotarło co powiedział (godzina ósma rano, zrozumcie powolność mojego myślenia)- Przecież jestem na czas.
-No, za to jakim kosztem. - Spojrzał wymownie na mój ubiór.
-Co? - spojrzałam na siebie. Cholera! Buty. Przez przypadek chwyciłam nie te co trzeba i teraz stałam w motocyklowych butach mojego brata. Jak? To proste podobny rozmiar, plus moje są niemal identyczne. Tyle, że nie tak ubłocone, jak bym właśnie przed chwilą zastepowała w oborniku.
-Super. - Skrzywiłam się.
-Czy ten dzień może być piękniejszy? - zapytał, obrejmując mnie z uśmiechem.
-Jeżeli nasza ukochana nauczycielka wos-u, spieprzy się dziś z schodów to będzie on najszczęśliwszym w moim życiu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz