niedziela, 16 listopada 2014

Rozdział drugi

Obudziłam się leżąc na czymś miękkim. Zdezorientowana i obolała. Co się stało? Powoli wspomnienia wracały do mojej ewidentnie uszkodzonej głowy. Cholera! Jakim cudem ja w ogóle jeszcze żyje? Usłyszałam kłótnie dobiegającą z dołu. Czyli byłam w domu. Na piętrze? Zapewne tak. Fakt że z dołu dobiegały odgłosy rozmów wskazywał na to że jestem wśród ludzi. W takim razie zostałam uratowana. Przez kogo? Moich, czy poprostu jakiś ludzkich wojowników? Zresztą skoro jeszcze żyję to moi wybawcy nie mogą chcieć mojej śmierci. Więzów też nie czuje. Czas otworzyć oczy i przestać udawać że cały czas śpię.
- Wiesz dobrze że słychać że nie śpisz?
Zdziwiona spojrzałam w prawo skąd dochodził głos. Obok łóżka siedział przystojny czarnoskóry męszczyzna i patrzył na mnie przyjaźnie się uśmiechając.
- Hej. Nazywam się Trawis i będę dziś państwa obsługiwał. Coś do picia?
Wow. Czy mi się wydaje czy on próbował imitować głosem kelnerkę? Zresztą nie ważne skoro podał mi tak upragnione przeze mnie w tym momencie picie. Pochyliłam się do przodu, aby wziąć od niego szklankę i od razu tego pożałowałam. Ból głowy był prawie nie do zniesienia. Teraz szczerzył się już na całego.
-Przeżycia po starciu z Tayendem jak sądzę magiczne.
Chyba mu zaraz własnoręcznie zedrę ten uśmiech z twarzy. Wzięłam łyk wody i wtedy do mnie dotarło. Krztusząc się zdołałam wydusić:
- Czekaj to coś co mnie tak urządziło ma na imię Tayend?!?
- To COŚ uratowało ci życie.-Teraz Trawis już się nie uśmiechał.- Choć w sumie to się jeszcze okaże.
Super! Czyli zawdzięczam jakiejś besti życie?!?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz