niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział piętnasty

Stałam na polanie. Była otoczona drzewami, których liście leniwie głaskał wiatr. Był wczesny wieczór. Słońce co dopiero zdążyło się schować za choryzontem. Oceniłam sytuacje.

W razie gdyby jakiś czarodziej wpadł na pomysł przesłuchanie nas we śnie, wszyscy łowcy byli uczeni rozróżniania go od rzeczywistość. Można było stworzyć idealną imitacje jawy. Jednak gdy się wiedziało czego szujać, można było je bezbłędnie rozróżnić.

Stąd wiedziałam że śnię. Burzowe chmury z zadzieiającą prędkością zbierały sie nade mną. Błysnęły pioruny, lecz nie spadł deszcz. Dziwne.

Po drugiej stronie polany ktoś stał. Mężczyzna. Już stąd mogłam dostrzec że jest wysoki. Płynnymi, przypominającymi mi ruchy kota krokami, zaczął zmierzać w moją stronę. Znowu błysk i grzmot. Facet zniknął.

Poczułam jak ktoś chwyta mnie od tyłu na wysokości tali. Palce były smukłe, lecz silne. Mimo tego że miał na sobie czarne rękawiczki, poczyłam bijące od jego rąk zimno.

- Zatańczymy? - Jego głos przywodził mi na myśl satynę. Gładki, delikatny, zmysłowy. Jednak było w nim coś tak zimnego, co miało w sobie coś z chłodu jego dłoni. Obie te rzeczy choć miałam możliwość podziwiać krótko, wywołały u mnie fale emocji. I pomimo że miały w sobie coś mrocznego to wiedziałam że chciałam się zatracić w tym mroku, poznać go.

Jeszcze nigdy nie czułam niczego podobnego.

Tajemniczy przybysz chyba nie miał zamiaru czekać na moją odpowiedź. Zmusił mnie do wykonania obrotu. Zanim zdołałam zdecydować sama, moje ciało zrobiło to same i poprostu mu ustąpiło. Prowadził mnie tak, bym nie mogła spojrzeć na jego twarz. To nie miało znaczenia, wystarczyło mi, że go czułam. Pioruny teraz uderzały częściej. Tworzyły wraz z lasem  i otoczeniem coś na krztałt muzyki. To było piękne.

Zalała mnie fala eufori. Czułam się tak jakbym została rozświetlona od środka. Tancerz był niesamowity. W jego krokach, w tym jak mnie prowadził wyczuwałam pasje. Nawet gdy mnie puszczał, czułam, że wiem co mam robić.

Wirowaliśmy.

W pewnym momencie wszystko ustało. Puścił mnie i się odsunął. Spojrzałam na niego. Był ubrany na czarno, czarne skórzane spodnie, peleryna i kaptur, który rzucał na jego twarz cień i nie pozawalał mi zobaczyć nic poza zarysem jego szczęki i ust.

Miał wyraźnie zaznaczone kości szczęki, a co do ust... Jeśli myślałam, że jego głos jest zmysłowy to nie wiem jak je określić. Idealnie wyrzeźbione, wyglądały tak delikatnie... Nagle wygieły się w półuśmiechu. Nie było w nim nic przyjaznego. Chwycił moją rękę i delikatnie pocałował moje palce. Niby gentlemeński gest, ale poczułam ja wali mi po nim serce.

Nieznajomy rozpłynął się.

Jedyne co mi po nim zostało to coś co wsunął mi do ręki, kiedy ją pocałował. Wcześniej tego nie zauważyłam, pewinod specjalnie mnie rozproszył.

Przyjrzałam się prezentowi. Złota moneta. Z jednej strony miała wygrawerowaną czaszkę, od spodu której wygodziły macki, jak u ośmiornicy. Znajdowała się ona w rombie, na którego liniach zapisano runy. Po drugiej stronie była róża wiatrów w takim na takim samym tle.

{W tym samym czasie w innym świecie}

Stałem na balkonie paląc papierosa. Udało się. Odnalazłem to czego szukałem. Wszystkie te legendy i przepowiednie, okazały się prawdą.

Chcieli ją trzymać z dala ode mnie? Pieprzone fiuty, niedoczekanie wasze.

Zresztą nie miało to już znaczenia. Skoro mam ją, to mam to czego chciałem. A teraz wszyscy przekonają się, czym jest zemsta Deamona syna Gadriela.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz